Obudziłam się.
Zadrżałam.
Może to wszystko było tylko snem?
Cholerną wizją?
Nie chciałam otwierać oczu.
Poczułam chłód.
Otworzyłam delikatnie oczy.
Tak jak myślałam.
Ten sam pokój co ostatnio.
Popatrzyłam na obandażowane nadgarstki.
Idealnie pokryte białym materiałem.
Pasował do nich.
Wstałam z większą pewnością siebie niż ostatnio.
Doszłam do lustra i moim oczom ukazało się moje odbicie.
Tylko, że jakby nie moje.
Zadrżałam ponownie.
Chłód wokół tego miejsca był niewyobrażalnie wielki.
Wyczuwalny, wręcz, materialnie.
Osoba w lustrze miała zakrwawioną sukienkę.
Spojrzałam na tą na mnie. Też zaczynała być czerwona.
Zerknęłam na dłonie tamtej osoby.
Brudne. Umoczone we krwi i czymś ciemnym.
Niedookreślenia.
Moje stały się takie same.
Osoba w lustrze uśmiechnęła się ukazując zęby.
Spojrzałam na jej oczy.
Pożałowałam.
Czerwone.
Przerażające.
Zaczęłam się cofać.
Osoba po drugiej stronie przylgnęła do ściany, która nas dzieliła.
Jedynej ściany.
Jakby chciała się wydostać.
Waliła w tą szybę.
Krzyczała.
Wrzeszczała wniebogłosy.
Aż się przebiła.
Krwawiła przechodząc przez szkło.
Cała w czerwonym płynie.
I wtedy zaczął się horror.
Prawdziwy horror.
Próbowałam biec.
Uciekać.
Ruszyć się.
Bez efektu.
Trzęsłam się. Całą sobą.
Nie miałam siły by ją kopnąć.
Odepchnąć. Zaczęłam łkać, a ona zbliżała się do mnie.
Ugryzła mnie.
Obudziłam się.
Znowu.
Cholera.
Wstałam od razu.
Zakręciło mi się w głowie, lecz czyjeś silne ręce złapały mnie.
To był on.
Brat Elijaha.
-Dobrze się czujesz? - spytał.
-Tak, co tu robisz? - byłam zawstydzona i zniechęcona. Co ten facet robił w moim pokoju? Sukienka, którą na sobie miałam, nie odkrywała mojego ciała, ale też nie ukrywała jego kształtów. Była białą, długą i zwiewną suknią.
Cienką.
Za bardzo cienką.
-Krzyczałaś, więc przyszedłem- posadził mnie z powrotem na łóżku.
-Nie znam twojego imienia.
-Ono nie ma znaczenia.
-Ma. Proszę. Podaj mi je- mój błagalny wzrok ogarną jego twarz.
Uśmiechał się.
Pięknie.
Przypomniała mi się dziewczyna ze snu.
Przeszły mnie ciarki.
Chwycił moją dłoń i otulił ją swoją.
Miał duże, silne, męskie i ciepłe dłonie.
Pewnie cały taki jest.
Ciepły.
Nie tylko fizycznie.
-Elandiel - zamknął oczy. Był spokojny. Tak jakby spał.
-Pięknie. Coś ono oznacza? - uśmiechnął się delikatnie. Wyglądał jak anioł.
-Urodzony w świetle księżyca. A Twoje imię coś oznacza?
-Nie sądzę. Ludzie nie nadają imion z taką głębią. To po prostu nazwa człowieka.
Siedzieliśmy tak chwilę, aż on otworzył oczy.
Magnetyzowały mnie.
Przyciągały.
-Co przede mną ukrywał?- wyszeptał. Nie byłam wstanie nic odpowiedzieć. Chciałabym, żeby ta chwila trwała jeszcze dłużej.
Chociaż o chwilę.
Ale on wstał.
Odwrócił się.
Zrobił kilka kroków.
-Kuruj się. Wieczorem do Ciebie przyjdę. Może oprowadzić cię po mieście? - zapytał przez ramię lekko przesuwając głowę w lewo.
Nie chciał na mnie patrzeć.
-Chętnie- powiedziałam. A on wyszedł.
Zostawiając mnie samą.
Znowu.
Położyłam się w pozycji embrionalnej.
I łkałam.
Ból w moim sercu.
Ta rana, o której myślałam, że się zasklepiła, znowu się otworzyła.
Krzyczałam bezgłośnie.
Cierpiałam.
Znowu.
Samotnie.
"Gdy zamkniesz oczy.."
czwartek, 29 stycznia 2015
środa, 1 października 2014
Rozdział VI
Ruszyłam za nim.
Oddaliliśmy się na tyle by nie słyszeć rozmów za nami.
Weszliśmy w las.
Coraz głębiej i głębiej.
Ciemność i chłód.
Cisza tak głucha, że aż doskwierała.
Stanęliśmy przed wielkim głazem z napisami, w nieznanym mi języku.
Odwrócił się.
Spojrzał mi w oczy, a ja już wiedziałam, że nie znaleźliśmy się tutaj przypadkowo.
Poczułam, że nie powinnam tu być.
Z cienia drzew wyszli inni.
Było ich z 12.
Cofnęłam się.
Chwycił mnie za nadgarstki.
Mocno.
Wiedziałam, że zostaną czerwone ślady.
Przeciągnął do siebie.
-Wiesz, jesteś inna od nas- powiedział. W jego głosie było słychać pustkę.
Wyjął nóż.
Z piękną, złotą rękojeścią.
Połyskiwał złowrogo w ciemności.
Zbliżył go do moich nadgarstków.
Zaczęłam się szarpać i krzyczeć.
Przewrócił mnie.
Uklękłam.
-To nic nie da. Ja muszę tylko coś sprawdzić.
Ostrze zagłębiało się w moją skórę. Wyłam z bólu i rozpaczy.
Czułam pulsowanie.
To pewnie krew.
Podniósł mnie.
Czułam się lekka.
Jak piórko niesione przez wiatr.
Usłyszałam hałas.
Przyszło ich jeszcze więcej.
Jedni zaczęli uciekać.
Pogoń.
Brat Elijaha.
Przybiegł.
Kopnął go.
Uderzył w twarz.
Elijah potoczył się do tyłu.
Jego brat chwycił mnie.
-To by nic nie dało! - krzyczał drżącym głosem.
-Tego nie wiesz - wypluł to z siebie jak przekleństwo Elijah.
Co się dzieje?
Nic dalej nie widziałam.
Niósł mnie.
Mój wybawca.
Uratował mnie, a ja nawet nie znam jego imienia.
Jego dotychczas biała i delikatnie prześwitująca koszula teraz była czerwona.
Nadal był piękny.
Pomimo całej sytuacji.
Nadal idealny.
Zaczęłam mieć mroczki przed oczami.
Zamgliło mnie.
Poczułam tylko jak głowa mi opada.
Powieki stały się ciężkie.
Sen zaczął być jedyną sensowną częścią w moim życiu.
Był.
Ten sam co zawsze.
Siedział oparty o drzewo w lesie obranym słońcem.
Cudownie było go zoabzczyć.
Jednak on jedynie stał.
Nie poruszył się.
Jego oczy się nie otworzyły.
Zaczęłam biec do niego.
Miałam na sobie lekką, białą zwiewną sukienkę, która chwilami prześwitywała.
Wydawała się teraz bardzo ciężka.
Moje nogi delikatnie muskały trawę.
Soczystozielona.
Odległość nie do pokonania.
A jednak.
Dobiegłam.
Dotknęłam go.
Ostrożnie.
Moja ręka wędrowała po jego policzku.
Szyi.
Obojczyku.
A on nadal spał.
Dlaczego?
Oddaliliśmy się na tyle by nie słyszeć rozmów za nami.
Weszliśmy w las.
Coraz głębiej i głębiej.
Ciemność i chłód.
Cisza tak głucha, że aż doskwierała.
Stanęliśmy przed wielkim głazem z napisami, w nieznanym mi języku.
Odwrócił się.
Spojrzał mi w oczy, a ja już wiedziałam, że nie znaleźliśmy się tutaj przypadkowo.
Poczułam, że nie powinnam tu być.
Z cienia drzew wyszli inni.
Było ich z 12.
Cofnęłam się.
Chwycił mnie za nadgarstki.
Mocno.
Wiedziałam, że zostaną czerwone ślady.
Przeciągnął do siebie.
-Wiesz, jesteś inna od nas- powiedział. W jego głosie było słychać pustkę.
Wyjął nóż.
Z piękną, złotą rękojeścią.
Połyskiwał złowrogo w ciemności.
Zbliżył go do moich nadgarstków.
Zaczęłam się szarpać i krzyczeć.
Przewrócił mnie.
Uklękłam.
-To nic nie da. Ja muszę tylko coś sprawdzić.
Ostrze zagłębiało się w moją skórę. Wyłam z bólu i rozpaczy.
Czułam pulsowanie.
To pewnie krew.
Podniósł mnie.
Czułam się lekka.
Jak piórko niesione przez wiatr.
Usłyszałam hałas.
Przyszło ich jeszcze więcej.
Jedni zaczęli uciekać.
Pogoń.
Brat Elijaha.
Przybiegł.
Kopnął go.
Uderzył w twarz.
Elijah potoczył się do tyłu.
Jego brat chwycił mnie.
-To by nic nie dało! - krzyczał drżącym głosem.
-Tego nie wiesz - wypluł to z siebie jak przekleństwo Elijah.
Co się dzieje?
Nic dalej nie widziałam.
Niósł mnie.
Mój wybawca.
Uratował mnie, a ja nawet nie znam jego imienia.
Jego dotychczas biała i delikatnie prześwitująca koszula teraz była czerwona.
Nadal był piękny.
Pomimo całej sytuacji.
Nadal idealny.
Zaczęłam mieć mroczki przed oczami.
Zamgliło mnie.
Poczułam tylko jak głowa mi opada.
Powieki stały się ciężkie.
Sen zaczął być jedyną sensowną częścią w moim życiu.
Był.
Ten sam co zawsze.
Siedział oparty o drzewo w lesie obranym słońcem.
Cudownie było go zoabzczyć.
Jednak on jedynie stał.
Nie poruszył się.
Jego oczy się nie otworzyły.
Zaczęłam biec do niego.
Miałam na sobie lekką, białą zwiewną sukienkę, która chwilami prześwitywała.
Wydawała się teraz bardzo ciężka.
Moje nogi delikatnie muskały trawę.
Soczystozielona.
Odległość nie do pokonania.
A jednak.
Dobiegłam.
Dotknęłam go.
Ostrożnie.
Moja ręka wędrowała po jego policzku.
Szyi.
Obojczyku.
A on nadal spał.
Dlaczego?
sobota, 6 września 2014
Rozdział V
-I? - spytał ponownie. Był to chłopak. Przepiękny. Blondyn o zimnych oczach i włosach sięgających ramion. Delikatnie rozpięta bluzka odsłaniał jego obojczyki.
Otaczał go tłum ludzi. Albo stworzeń człowiekopodobnych. Bóg wie. Wszyscy idealni, niesamowici, nieskazitelni.
Jak ci ze snu.
Zadrżałam.
- Uciekałam przed dwoma mężczyznami w lesie i dotarłam do polanki gdzie upadłam. Utknęła mi tam noga, więc nie mogłam uciec. Jakieś stworzenie, chyba wilk, potem strzały - mówiłam okropnie szybko, wręcz niezrozumiale.
- I? - znowu to samo.
- I teraz jestem tutaj. Co to za miejsce?
- To jest, moja droga Ukryty Zakątek. Jesteś tutaj, ponieważ...
- To ja cię uratowałem - krzyknął inny chłopak. Odwróciłam się, Wyglądem przypominał tego tutaj, jednak miał zupełnie inne oczy. Soczyście zielone. Wydawały się szczęśliwe, chociaż rysy twarzy wyrażały niezadowolenie.
O co chodzi?
- Pozwól mi z nią porozmawiać bracie - powiedział.
- Nie pozwalaj sobie Elijah! To ja ją uratowałem!
- Postrzeliłeś ją! - wszystko dzieje się tak szybko.
- Ciiiiisza! - silny, przenikający do szpiku kości głos przedarł się do nas. Nastało głuche czekanie.
Ujrzałam mężczyznę. Na oko około 30 lat. Wydaje się z daleka drobny, ale i zwinny. Zupełnie inny od Elijaha, który wydaje się umięśniony i wysoki.
- Dziecko - podszedł do mnie i chwycił za rękę. Zimna i jakby krucha. - Przejdźmy się.
- Dobrze - nie puszczając mojej ręki zaczął prowadzić mnie do lasu. Gdy przekroczyliśmy jego próg powitał nas przyjemny zapach poziomek i szum drzew. Puścił mnie dopiero gdy odeszliśmy na tyle daleko, że nie słyszałam szumu wodospadu i rozmów. Wszystko stłumił otaczający nas las.
Może chce mnie zabić?
Zamknęłam oczy.
Jaki miało sens opatrywanie mi ran skoro teraz chce mnie zabić?
- Musisz u nas zostać.
- Słucham? - zaskoczył mnie.
- Nie możesz odejść, nie teraz. Nie wiadomo czy kiedykolwiek w przyszłości będziesz mogła.
- Ale dlaczego? Przecież ja mam szkołę! Rodzinę! Przyjaciół! Nie mogę tu zostać! Muszę wracać! nawet nie wiem dlaczego tu jestem! - łzy zaczęły mi cieknąć po policzkach. Dlaczego ja?
- Jesteś tu, ponieważ otarłaś się o śmierć, przez jednego z moich synów. Spałaś przez miesiąc. Nie martw się o rodzinę. Będą myśleć, że zginęłaś. Można by stwierdzić, że daliśmy ci nowe życie. Dzięki nam możesz zacząć wszystko od nowa. Czy to nie tego chciałaś?
- Jak to?
- Już dłuższy czas cię już obserwuje Emilio. Jesteś bardzo ciekawą osobą jak na człowieka. Musisz wiedzieć iż elfy spłacają swoje długi. - Elfy?- Musimy już wracać, pewnie chcesz odpocząć - odwrócił się i zaczął iść w stronę zgromadzenia.
- Co się stało z tym wilkiem, którego spotkałam?
- To nie był zwykły wilk. To był Lykanin. Nikt ważny.
- Lykanin?
- Wilczy człowiek, zwykłe pomioty- zrobił kilka kroków - Chodź - rzucił władczo zza ramienia. A wydawał się miły.
Boję się ich wszystkich.
Zaczęłam iść za nim.
Obserwował mnie.
Dlaczego ja?
Dlaczego teraz?
Doszłam do zgromadzenia. Elijah do mnie podbiegł i objął ramieniem.
- Przejdźmy się - powiedział z uśmiechem. Ma białe, proste zęby. Co raczej nie jest tutaj czymś wyjątkowym. Ale w sposobie jaki na mnie patrzy coś się kryje. Wydaje się być życzliwy i ciepły. Również się uśmiechnęłam.
Nowe życie.
Strach się bać.
Otaczał go tłum ludzi. Albo stworzeń człowiekopodobnych. Bóg wie. Wszyscy idealni, niesamowici, nieskazitelni.
Jak ci ze snu.
Zadrżałam.
- Uciekałam przed dwoma mężczyznami w lesie i dotarłam do polanki gdzie upadłam. Utknęła mi tam noga, więc nie mogłam uciec. Jakieś stworzenie, chyba wilk, potem strzały - mówiłam okropnie szybko, wręcz niezrozumiale.
- I? - znowu to samo.
- I teraz jestem tutaj. Co to za miejsce?
- To jest, moja droga Ukryty Zakątek. Jesteś tutaj, ponieważ...
- To ja cię uratowałem - krzyknął inny chłopak. Odwróciłam się, Wyglądem przypominał tego tutaj, jednak miał zupełnie inne oczy. Soczyście zielone. Wydawały się szczęśliwe, chociaż rysy twarzy wyrażały niezadowolenie.
O co chodzi?
- Pozwól mi z nią porozmawiać bracie - powiedział.
- Nie pozwalaj sobie Elijah! To ja ją uratowałem!
- Postrzeliłeś ją! - wszystko dzieje się tak szybko.
- Ciiiiisza! - silny, przenikający do szpiku kości głos przedarł się do nas. Nastało głuche czekanie.
Ujrzałam mężczyznę. Na oko około 30 lat. Wydaje się z daleka drobny, ale i zwinny. Zupełnie inny od Elijaha, który wydaje się umięśniony i wysoki.
- Dziecko - podszedł do mnie i chwycił za rękę. Zimna i jakby krucha. - Przejdźmy się.
- Dobrze - nie puszczając mojej ręki zaczął prowadzić mnie do lasu. Gdy przekroczyliśmy jego próg powitał nas przyjemny zapach poziomek i szum drzew. Puścił mnie dopiero gdy odeszliśmy na tyle daleko, że nie słyszałam szumu wodospadu i rozmów. Wszystko stłumił otaczający nas las.
Może chce mnie zabić?
Zamknęłam oczy.
Jaki miało sens opatrywanie mi ran skoro teraz chce mnie zabić?
- Musisz u nas zostać.
- Słucham? - zaskoczył mnie.
- Nie możesz odejść, nie teraz. Nie wiadomo czy kiedykolwiek w przyszłości będziesz mogła.
- Ale dlaczego? Przecież ja mam szkołę! Rodzinę! Przyjaciół! Nie mogę tu zostać! Muszę wracać! nawet nie wiem dlaczego tu jestem! - łzy zaczęły mi cieknąć po policzkach. Dlaczego ja?
- Jesteś tu, ponieważ otarłaś się o śmierć, przez jednego z moich synów. Spałaś przez miesiąc. Nie martw się o rodzinę. Będą myśleć, że zginęłaś. Można by stwierdzić, że daliśmy ci nowe życie. Dzięki nam możesz zacząć wszystko od nowa. Czy to nie tego chciałaś?
- Jak to?
- Już dłuższy czas cię już obserwuje Emilio. Jesteś bardzo ciekawą osobą jak na człowieka. Musisz wiedzieć iż elfy spłacają swoje długi. - Elfy?- Musimy już wracać, pewnie chcesz odpocząć - odwrócił się i zaczął iść w stronę zgromadzenia.
- Co się stało z tym wilkiem, którego spotkałam?
- To nie był zwykły wilk. To był Lykanin. Nikt ważny.
- Lykanin?
- Wilczy człowiek, zwykłe pomioty- zrobił kilka kroków - Chodź - rzucił władczo zza ramienia. A wydawał się miły.
Boję się ich wszystkich.
Zaczęłam iść za nim.
Obserwował mnie.
Dlaczego ja?
Dlaczego teraz?
Doszłam do zgromadzenia. Elijah do mnie podbiegł i objął ramieniem.
- Przejdźmy się - powiedział z uśmiechem. Ma białe, proste zęby. Co raczej nie jest tutaj czymś wyjątkowym. Ale w sposobie jaki na mnie patrzy coś się kryje. Wydaje się być życzliwy i ciepły. Również się uśmiechnęłam.
Nowe życie.
Strach się bać.
wtorek, 1 lipca 2014
Rozdział IV
Obudziłam się.
Byłam taka zmęczona.
Taka zniechęcona.
Pomacałam ręką to na czym leżę. Twarde i gładkie, ale ciepłe.
Otworzyłam oczy. Całe pomieszczenie było niesamowicie białe. Czyste i bez żadnych rzeczy. Jedynie to na czym leżałam. A na czym leżałam? Na wielkim kawale marmuru. Podgrzewanego, chyba.
Spróbowałam wstać. Przyszło mi to z zadziwiającą łatwością, ale też i z bólem mięśni. Moje nagie stopy dotknęły okropnie zimnej, białej podłogi.
W co ja byłam ubrana?
W sukienkę. Równie białą jak ten pokój. Zwiewną i piękną, sięgającą aż do ziemi. Podwinęłam Ją do góry i popatrzyłam na moje blade, pomimo lata, nogi. Były zabandażowane w kilku miejscach ,ale poza tym nie było w nich nic niepokojącego.Zrobiłam krok i później następny i następny. Był to naprawdę ogromny pokój. Szukałam wzrokiem drzwi, lecz nadal delikatnie był zamglony. Podeszłam do misy z wodą. Obmyłam twarz i ręce i od razu poczułam się lepiej.
Szukałam drzwi. Okazały być okazałej wielkości.
Otworzyłam je.
To co zobaczyłam było jak sen.
Był dzień. Zrobiłam kilka kroków. Ciepły wietrzyk otulił mnie miło, jakby witając starego przyjaciela.
Niesamowicie soczyście zielona trawa, ptaki, ludzie, chyba, siedzący i śmiejący się, wodospad. Wszytko to tworzyło bajkową całość.
Nie mogłam oderwać oczu.
Aż się nie zorientowali, że ich obserwuje.
Odwrócili się.
Wszyscy.
Mieli czerwone, krwiste oczy.
Ubrani na czarno.
Bladzi jak trupy.
Wstawali uśmiechając się przy tym okropnie.
Mieli czerwone zęby.
Wkoło nagle wszystko obumarło. Zwierzęta leżały w wodospadzie krwi, a ja cofałam się do białego pomieszczenia. Potknęłam się o próg i krzyknęłam, gdyż postacie rzuciły się w biegu z mną.
Upadłam.
Obudziłam się.
To był tylko cholerny sen.
Leżałam w tym samym pomieszczeniu.
Wszystko było takie samo.
Szybko wstałam, umyłam twarz i podeszłam do drzwi.
Otworzyłam je.
Nie było nikogo.
Ale krajobraz był taki sam.
Podeszłam do pięknego wodospadu. Zanurzyłam dłoń w przenikliwie zimnej wodzie.
-Wstań i się przedstaw, tak wypada -usłyszałam zza siebie.
- Mam na imię Emilia i...- odwróciłam się. Ujrzałam Bardzo wiele postaci. Nietypowych.
Wszyscy byli nieludzko piękni.
Co się dzieje?
Czy to sen?
Rozdział III
Sprawa się skomplikowała. Słyszałam jak mężczyźni odchodzili, nie spiesząc się zbytnio. Podczas szaleńczego biegu, pod wpływem adrenaliny, nie czułam bólu w nogach, rękach i na szyi, a także nie zwracałam uwagi na przenikający chłód nocy.
Siedziałam tak i wsłuchiwałam się w las.
Wilk znowu zawył, ale tym razem zdecydowanie bliżej, jakby zmierzając w moją stronę.
Spróbowałam wstać, lecz nie mogłam. Noga zaklinowała mi się w korzeniu drzewa. Szarpałam się z nim chwile, ale to nie miało sensu, jedynie obtarłam sobie kostkę.
Zrobiło się naprawdę zimno. Chłód przenikał me ciało do kości. Spróbowałam się skulić.
Znowu wycie.
Głośniejsze i bardziej intensywne.
Las jakby zamilkł w oczekiwaniu na nadejście przerażającego zwierzęcia. Już nie słyszałam wiatru, sowy i wszystkich innych nocnych zwierząt. Świat stanął w miejscu.
Niemalże podskoczyłam słysząc szelest trawy.
Wiedziałam, że już nie ucieknę. Strach sparaliżował mnie całkowicie.
Spojrzałam przed siebie w głąb ciemności pośród drzew. Dostrzegłam tam błysk. Błysk bardzo nietypowy. Błysk ślepi.
Wyszedł z cienia.
Piękny, wyniosły, zupełnie biały wilk.
Poruszał się bezszelestnie.
Skradał się do ofiary niczym idealny zabójca.
Niestety, tym razem ofiarą byłam ja.
Nie mogłam nawet oddychać. Wstrzymałam oddech czekając na koniec, który nie nadchodził.
Spędziłam tak chwile, rejestrując wzrokiem każdy, nawet najmniejszy, jego ruch.
Jednak coś się zmieniło w jego zachowaniu. Napiął mięśnie i poszedł bliżej. Gdybym chciała mogłabym dotknąć go ręką, jednak nie chciałam.
Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jakby prosząc o to.
Podniosłam rękę trzymaną dotychczas na ziemi w rękawie bluzy. Natychmiast otoczyło ją zimno. Zadrżała. Już chciałam dotknąć jego futra, ale usłyszałam hałas. Coś jakby ludzie biegnący. Usłyszałam głosy i przekleństwa.
Usłyszałam napinający się łuk i wypuszczenie strzały. Wilk jakby spodziewał się tego. Odskoczył ode mnie i zatoczył się w bok. Strzała przedarła powietrze i trafiła w drzewo kilka metrów przede mną.
Druga nadleciała z większą prędkością. Wbiła się w pierś wilka. Zawył z bólu. Upadł. Poruszył łbem i spojrzał na mnie.
Miałam wrażenie, że cieknie mu łza. Jedna ,pojedyncza.
Nadeszła kolej na mnie. Nie zostałam niezauważona jak myślałam. Strzała wbiła mi się w udo. Później następna i następna. Poczułam miliony ognisk bólu. Krzyczałam i upadłam. Wilk szarpnął się ostatkiem sił i zapiszczał obserwując mnie.
Mój wzrok się zamglił.
Już nic nie widziałam.
Słyszałam krzyki i przekleństwa, kłótnie i błagania, jednak wszytko zlało się w jedno. Nie mogłam już nic odróżnić.
Zamknęłam oczy.
Zasnęłam.
Zastałam tam tylko pustkę i ciemność.
I chłód.
Przenikający kości.
Umarłam?
Siedziałam tak i wsłuchiwałam się w las.
Wilk znowu zawył, ale tym razem zdecydowanie bliżej, jakby zmierzając w moją stronę.
Spróbowałam wstać, lecz nie mogłam. Noga zaklinowała mi się w korzeniu drzewa. Szarpałam się z nim chwile, ale to nie miało sensu, jedynie obtarłam sobie kostkę.
Zrobiło się naprawdę zimno. Chłód przenikał me ciało do kości. Spróbowałam się skulić.
Znowu wycie.
Głośniejsze i bardziej intensywne.
Las jakby zamilkł w oczekiwaniu na nadejście przerażającego zwierzęcia. Już nie słyszałam wiatru, sowy i wszystkich innych nocnych zwierząt. Świat stanął w miejscu.
Niemalże podskoczyłam słysząc szelest trawy.
Wiedziałam, że już nie ucieknę. Strach sparaliżował mnie całkowicie.
Spojrzałam przed siebie w głąb ciemności pośród drzew. Dostrzegłam tam błysk. Błysk bardzo nietypowy. Błysk ślepi.
Wyszedł z cienia.
Piękny, wyniosły, zupełnie biały wilk.
Poruszał się bezszelestnie.
Skradał się do ofiary niczym idealny zabójca.
Niestety, tym razem ofiarą byłam ja.
Nie mogłam nawet oddychać. Wstrzymałam oddech czekając na koniec, który nie nadchodził.
Spędziłam tak chwile, rejestrując wzrokiem każdy, nawet najmniejszy, jego ruch.
Jednak coś się zmieniło w jego zachowaniu. Napiął mięśnie i poszedł bliżej. Gdybym chciała mogłabym dotknąć go ręką, jednak nie chciałam.
Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jakby prosząc o to.
Podniosłam rękę trzymaną dotychczas na ziemi w rękawie bluzy. Natychmiast otoczyło ją zimno. Zadrżała. Już chciałam dotknąć jego futra, ale usłyszałam hałas. Coś jakby ludzie biegnący. Usłyszałam głosy i przekleństwa.
Usłyszałam napinający się łuk i wypuszczenie strzały. Wilk jakby spodziewał się tego. Odskoczył ode mnie i zatoczył się w bok. Strzała przedarła powietrze i trafiła w drzewo kilka metrów przede mną.
Druga nadleciała z większą prędkością. Wbiła się w pierś wilka. Zawył z bólu. Upadł. Poruszył łbem i spojrzał na mnie.
Miałam wrażenie, że cieknie mu łza. Jedna ,pojedyncza.
Nadeszła kolej na mnie. Nie zostałam niezauważona jak myślałam. Strzała wbiła mi się w udo. Później następna i następna. Poczułam miliony ognisk bólu. Krzyczałam i upadłam. Wilk szarpnął się ostatkiem sił i zapiszczał obserwując mnie.
Mój wzrok się zamglił.
Już nic nie widziałam.
Słyszałam krzyki i przekleństwa, kłótnie i błagania, jednak wszytko zlało się w jedno. Nie mogłam już nic odróżnić.
Zamknęłam oczy.
Zasnęłam.
Zastałam tam tylko pustkę i ciemność.
I chłód.
Przenikający kości.
Umarłam?
niedziela, 27 kwietnia 2014
Rozdział II
Wstałam szybko. Okropna suchość w gardle sprawiła, że musiałam wypić pierwszą pod ręką butelkę Sprite co wcale nie poprawiło sytuacji. Odsłoniłam rolety. Za oknem było jeszcze ciemno. Wszechobecny mrok wzbudzał we mnie niepokój, ale też i ciekawość.
Poszłam do łazienki, najciszej jak się da by nie obudzić reszty rodziny, przebrałam się z pidżam, nakładając czarne spodnie i tego samego koloru bluzkę zespołu 'Slipknot', a na nią bluzę dresową, trampki i podeszłam do wyjścia.
Gdy tylko otworzyłam drzwi przyjemny chłód otoczył mnie znienacka, dając wspaniałe orzeźwienie. Ruszyłam w stronę lasu. Wydawał się jedynie ciemną plamą z daleka. Przyspieszyłam kroku. Jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. U brzegu lasu biegłam wystarczająco szybko w ciemności by nie zauważyć wystających korzeni drzewa. Upadłam. Obszorowałam sobie ręce i nie zważając na ból - chyba coś sobie rozcięłam - ruszyłam dalej.
Las wydawał się mroczny i straszny. Jednak to tylko wzbudzało moje chęci by go zwiedzić. Nigdy nie byłam dotychczas w lesie w nocy.
Udałam się tam gdzie zwykle spędzałam dnie. Z tego wzgórza widać wszystko. Usiadłam na mokrej trawie i wsłuchałam się w odgłosy lasu. Gwiazdy piękny ozdabiały niebo. Przypatrzyłam się. Tak. Widziałam spadającą gwiazdę. Heh. Podróż do lasu jest piękna. Popatrzyłam na ręce. W ciemności nic nie było widać, ale wiedziałam, że krwawiły. Pieczenie doskwierało mi niesamowicie.
Słyszałam sowę, świerszcze, szum drzew i wiele innych dźwięków, których nie jestem w stanie wymienić.
Zaczęłam rozmyślać o tajemniczym śnie. Skąd ta postać miała o mnie takie informacje? William to ładne imię. Angielskie. Dlaczego śni mi się przystojny anglik? Dlaczego nie mogę śnić o spokoju morza czy o niesamowitości gór?
Ehh. To wszystko nie ma sensu.
Nagle stało się coś dziwnego. Usłyszałam coś jakby głosy. Przestraszyłam się na tyle by nie ruszyć się z miejsca.
Głosy nabierały na sile.
Był to dialog. Dwóch mężczyzn.
Jeden mógłby śpiewać w chórze. Mówił, a raczej krzyczał, mocnym basem.
Bałam się.
Cholernie się bałam.
Siedziałam tam dalej. Cholera.
Nie chciałam uciekać. Zauważyliby mnie.
A tak istniała szansa, że mnie miną.
Okropnie było tak czekać. Słyszałam jak się zbliżali. Zaczęłam dygotać z zimna. Za długo siedziałam w bezruchu.
- A widziałeś jak się na mnie spojrzała? - słyszałam dialog.
- Ta. Stary. Prawie była Twoja. Co jej zrobiłeś?
- Haha. A to dobre. Nie wiesz? Wrzuciłem jej to do napoju. Po jakimś czasie była już moja.
- Ale co z ciałem?
- Zostawiłem ją na parkingu przed klubem. A się zdziwi.
- Ej. Widzisz to?
- Co?
- Ktoś tam siedzi. Widzę cień - mińcie mnie. Mińcie. Całą sytuacja przestała mi się podobać. Ten koleś zgwałcił dziewczynę i zostawił ją na parkingu?! Co to ludzie?!
- To idź sprawdzić.
- A co jeżeli to wilk?
- To nie wilk. Co cykorem jesteś?
- Wal się. Idę - zaczął iść w moją stronę. Słyszałam jak się zbliża. Czułam to już w kościach.
- To chyba człowiek. Dziewczyna...
Wstałam przerażona i nie obracając się za siebie zaczęłam biec. Słyszałam krzyki. Biegłam do lasu. Gonili mnie bardzo długo. Nie wiedziałam gdzie biegnę. Przedzierałam się przez gęsty las i krzaki kalecząc się przy tym. Bałam się. Znowu upadłam. Poraniłam szyję zahaczając o gałęzie. Skuliłam się. Próbowałam się uspokoić. Usłyszałam jak podbiegają.
- Gdzie ta suka? - wydyszał.
- Nie wiem zgubiliśmy ją - też wydyszał. Jak było widać nie byli przyzwyczajeni do biegani przez lasy i pola.
- Cholera. Wracamy.
- A co jeżeli komuś powie co zrobiłeś?
- Równie dobrze zeżrą ją wilki. Niemądrze jest chodzić w nocy samej po lasach. Zwłaszcza jeżeli są w nich niebezpieczne zwierzęta - jakby na znak zawył wilk. Nie potrafiłam określić odległości. Nie spodziewałam się wilków.
*************************************************************************
Haha. Psycho Eliza atakuje . Ehh. Damy radę. Spoko. Dziwny rozdział. W sumie napisałam go od tak. Heh. Jak piszę w zeszycie jest inaczej. Trochę wygodniej.
Przepraszam za przekleństwa.
Dziwny jest...
Jak Waszym zdaniem potoczy się dalej akcja? Co będzię w następnym rozdziale? Czy Emilia przeżyje spotkanie z wilkami?
Dowiecie się wkrótce. :D
Koment.
Koment.
Koment.
Hejt.
Koment.
Koment.
Koment.
Hejt.
Poszłam do łazienki, najciszej jak się da by nie obudzić reszty rodziny, przebrałam się z pidżam, nakładając czarne spodnie i tego samego koloru bluzkę zespołu 'Slipknot', a na nią bluzę dresową, trampki i podeszłam do wyjścia.
Gdy tylko otworzyłam drzwi przyjemny chłód otoczył mnie znienacka, dając wspaniałe orzeźwienie. Ruszyłam w stronę lasu. Wydawał się jedynie ciemną plamą z daleka. Przyspieszyłam kroku. Jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. U brzegu lasu biegłam wystarczająco szybko w ciemności by nie zauważyć wystających korzeni drzewa. Upadłam. Obszorowałam sobie ręce i nie zważając na ból - chyba coś sobie rozcięłam - ruszyłam dalej.
Las wydawał się mroczny i straszny. Jednak to tylko wzbudzało moje chęci by go zwiedzić. Nigdy nie byłam dotychczas w lesie w nocy.
Udałam się tam gdzie zwykle spędzałam dnie. Z tego wzgórza widać wszystko. Usiadłam na mokrej trawie i wsłuchałam się w odgłosy lasu. Gwiazdy piękny ozdabiały niebo. Przypatrzyłam się. Tak. Widziałam spadającą gwiazdę. Heh. Podróż do lasu jest piękna. Popatrzyłam na ręce. W ciemności nic nie było widać, ale wiedziałam, że krwawiły. Pieczenie doskwierało mi niesamowicie.
Słyszałam sowę, świerszcze, szum drzew i wiele innych dźwięków, których nie jestem w stanie wymienić.
Zaczęłam rozmyślać o tajemniczym śnie. Skąd ta postać miała o mnie takie informacje? William to ładne imię. Angielskie. Dlaczego śni mi się przystojny anglik? Dlaczego nie mogę śnić o spokoju morza czy o niesamowitości gór?
Ehh. To wszystko nie ma sensu.
Nagle stało się coś dziwnego. Usłyszałam coś jakby głosy. Przestraszyłam się na tyle by nie ruszyć się z miejsca.
Głosy nabierały na sile.
Był to dialog. Dwóch mężczyzn.
Jeden mógłby śpiewać w chórze. Mówił, a raczej krzyczał, mocnym basem.
Bałam się.
Cholernie się bałam.
Siedziałam tam dalej. Cholera.
Nie chciałam uciekać. Zauważyliby mnie.
A tak istniała szansa, że mnie miną.
Okropnie było tak czekać. Słyszałam jak się zbliżali. Zaczęłam dygotać z zimna. Za długo siedziałam w bezruchu.
- A widziałeś jak się na mnie spojrzała? - słyszałam dialog.
- Ta. Stary. Prawie była Twoja. Co jej zrobiłeś?
- Haha. A to dobre. Nie wiesz? Wrzuciłem jej to do napoju. Po jakimś czasie była już moja.
- Ale co z ciałem?
- Zostawiłem ją na parkingu przed klubem. A się zdziwi.
- Ej. Widzisz to?
- Co?
- Ktoś tam siedzi. Widzę cień - mińcie mnie. Mińcie. Całą sytuacja przestała mi się podobać. Ten koleś zgwałcił dziewczynę i zostawił ją na parkingu?! Co to ludzie?!
- To idź sprawdzić.
- A co jeżeli to wilk?
- To nie wilk. Co cykorem jesteś?
- Wal się. Idę - zaczął iść w moją stronę. Słyszałam jak się zbliża. Czułam to już w kościach.
- To chyba człowiek. Dziewczyna...
Wstałam przerażona i nie obracając się za siebie zaczęłam biec. Słyszałam krzyki. Biegłam do lasu. Gonili mnie bardzo długo. Nie wiedziałam gdzie biegnę. Przedzierałam się przez gęsty las i krzaki kalecząc się przy tym. Bałam się. Znowu upadłam. Poraniłam szyję zahaczając o gałęzie. Skuliłam się. Próbowałam się uspokoić. Usłyszałam jak podbiegają.
- Gdzie ta suka? - wydyszał.
- Nie wiem zgubiliśmy ją - też wydyszał. Jak było widać nie byli przyzwyczajeni do biegani przez lasy i pola.
- Cholera. Wracamy.
- A co jeżeli komuś powie co zrobiłeś?
- Równie dobrze zeżrą ją wilki. Niemądrze jest chodzić w nocy samej po lasach. Zwłaszcza jeżeli są w nich niebezpieczne zwierzęta - jakby na znak zawył wilk. Nie potrafiłam określić odległości. Nie spodziewałam się wilków.
*************************************************************************
Haha. Psycho Eliza atakuje . Ehh. Damy radę. Spoko. Dziwny rozdział. W sumie napisałam go od tak. Heh. Jak piszę w zeszycie jest inaczej. Trochę wygodniej.
Przepraszam za przekleństwa.
Dziwny jest...
Jak Waszym zdaniem potoczy się dalej akcja? Co będzię w następnym rozdziale? Czy Emilia przeżyje spotkanie z wilkami?
Dowiecie się wkrótce. :D
Koment.
Koment.
Koment.
Hejt.
Koment.
Koment.
Koment.
Hejt.
Pliss. Troszku życia.
środa, 19 marca 2014
Rozdział I
Siedziałam w łóżku. Zawsze miałam ten sam sen. Jak co ranek wstałam i odsłoniłam pomarańczowe rolety. Spojrzałam przez okno. Piękna jutrzenka, wschód słońca, bitwa kolorów o dominacje. Cudowny widok. Dla takiego poranka przeprowadziliśmy się na podlaską wieś.
Jak co ranek poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy, więc szybkim krokiem poszłam do wyremontowanej łazienki. Na ścianach były kiedyś żółte tapety, teraz jednak zastąpiono je nieskazitelną bielą płytek. Łazienka wręcz lśniła czystością. Szybko nałożyłam białą koszulkę z napisem "The Beatles" i czarne spodnie. przyjrzałam się w lustrze. Gęste i długie rzęsy okalały szare oczy. Czekoladowe włosy opadały delikatnie na łopatki tworząc fantazyjne loki. Małe usta uśmiechały się jak co dnia.
Po porannej toalecie poprawiając to i owo w swoim wyglądzie, szłam do kuchni. Mój tata stał już przy tostownicy i robił śniadanie.
-Dzień dobry - powiedziałam, a mój głos zachrypiał nieprzyjemnie.
-Dzień dobry - pocałował mnie w czoło. - Zrobiłem ci kakao.
-Ehh. Myślałam, że kawę - usiadłszy na krześle spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
-Hmm. Masz tylko 15 lat.
-16 skończę za 2 miesiące! - parsknęłam oburzona.
-Co nie zmienia faktu, że takie rzeczy szkodzą młodym. Pościel swoje łóżko i chodź na śniadanie.
Zrobiłam jak kazał. Białe ściany mojego pokoju odgradzały mi drogę do świata. Gdybym miała wybierać zwierzaka w jakiego się zmienię byłby to ptak albo kot ze względu na wolność i niezależność jaką posiadają te dwa stworzenia.
-Mama jeszcze nie wróciła? - spytałam, znając już właściwie odpowiedź.
-Wróci za godzinę. Miała dzisiaj w nocy operacje, trudna jest praca chirurga.
-Idę dzisiaj na zajęcia na cały dzień. Wrócę dopiero wieczorem. Mogę odebrać Tomka od bliźniaków - zaproponowałam. Tomek, moim zdaniem, trochę aż za często u nich przesiadywał,
-Nie. Asia mówiła, że może odwieźć Tomka.
-Ok- szepnęłam. Po chwili byłam już w pokoju i pakowałam rzeczy. Właściwie to moje zajęcia polegają na zaszywaniu się gdzieś w lesie i malowaniu lub graniu na gitarze. Kochałam to robić
Las dodawał mi otuchy od zawsze, a droga do niego nie była długa. Trwałą jedynie 30 minut spokojnym tempem.
Dotarłszy na miejsce zaczęłam grać na gitarze i śpiewając przy tym zagłuszam wszechobecną ciszę. Nim się obejrzałam nastał wieczór, a nietoperze zaczęły latać na nocnym niebie. Położyłam się na miękkim mchu i zamknęłam oczy. Wsłuchałam się w muzykę świerszczy. Otworzyłam oczy i spojrzałam w niebo. Miliony gwiazd spoglądało na mnie takim samym ciekawym wzrokiem. Leżałam oczarowana pięknem wakacyjnego zmroku ,lecz musiałam wstać. Szłam powoli, oddychając pełną piersią i napawając się idealnie czystym powietrzem. Czułam się jednak obserwowana, więc przyspieszyłam kroku.
Po 20 minutach dotarłam do domu. Rodziców i mojego młodszego brata nie było. Pewnie pojechali do przyjaciółki mamy, pani Asi. Poszłam do łazienki i wyszedłszy spod prysznica poszłam coś przekąsić. Zrobiłam sobie kanapkę i skonsumowawszy ją poszłam umyć zęby i położyć się.
Jak co noc ten sam sen, choć inny.
Stałam patrząc się przed siebie i usłyszawszy kroki po raz pierwszy nie odwróciłam się. Pierwszy raz podczas mojego snu była noc. Mrok ogarniał wszystko wkoło, a ja bałam się stojąc na środku pustkowia sama.
-Co tu robisz? - zapytał, a ja stojąc do niego tyłem mogłam odpowiedzieć.
-Stoję - odparłam bez namysłu. Parsknął śmiechem, lecz od razu ucichł.
-Boisz się? spytał gilgocząc mnie oddechem w szyje. Widocznie podszedł. Blisko.
-Tak - odpowiedź sama wypłynęła z moich ust.
-Nie ma czego. Nic ci nie zrobię.
-Kim jesteś? - palnęłam nie wiedząc co powiedzieć. Pierwszy raz z nim rozmawiałam.
-Jestem William, a ty jesteś Emilia.
-Skąd wiesz? - następne nieprzemyślane i bezmyślne pytanie.
-Znamy się nie od dziś. Odwróć się Emilio. Chce widzieć twoją twarz - odwróciłam się. Nasz bliskość zawstydziła mnie od razu. To był on. Ten co zawsze. Taki sam. Miał łagodną twarz. Ciemne oczy spoglądały na mnie z zainteresowaniem, kontrastując z nieskazitelnie białą cerą. Uśmiechnął się delikatnie. Pochylił się i złożył na mym czole czuły pocałunek.
-Zobaczymy się jutro, a teraz obudź się - szepnął, a ja mrugnąwszy znowu byłam w swoim pokoju.
Co za niewiarygodny sen?!
William! Co za piękne imię!
Jak co ranek poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy, więc szybkim krokiem poszłam do wyremontowanej łazienki. Na ścianach były kiedyś żółte tapety, teraz jednak zastąpiono je nieskazitelną bielą płytek. Łazienka wręcz lśniła czystością. Szybko nałożyłam białą koszulkę z napisem "The Beatles" i czarne spodnie. przyjrzałam się w lustrze. Gęste i długie rzęsy okalały szare oczy. Czekoladowe włosy opadały delikatnie na łopatki tworząc fantazyjne loki. Małe usta uśmiechały się jak co dnia.
Po porannej toalecie poprawiając to i owo w swoim wyglądzie, szłam do kuchni. Mój tata stał już przy tostownicy i robił śniadanie.
-Dzień dobry - powiedziałam, a mój głos zachrypiał nieprzyjemnie.
-Dzień dobry - pocałował mnie w czoło. - Zrobiłem ci kakao.
-Ehh. Myślałam, że kawę - usiadłszy na krześle spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
-Hmm. Masz tylko 15 lat.
-16 skończę za 2 miesiące! - parsknęłam oburzona.
-Co nie zmienia faktu, że takie rzeczy szkodzą młodym. Pościel swoje łóżko i chodź na śniadanie.
Zrobiłam jak kazał. Białe ściany mojego pokoju odgradzały mi drogę do świata. Gdybym miała wybierać zwierzaka w jakiego się zmienię byłby to ptak albo kot ze względu na wolność i niezależność jaką posiadają te dwa stworzenia.
-Mama jeszcze nie wróciła? - spytałam, znając już właściwie odpowiedź.
-Wróci za godzinę. Miała dzisiaj w nocy operacje, trudna jest praca chirurga.
-Idę dzisiaj na zajęcia na cały dzień. Wrócę dopiero wieczorem. Mogę odebrać Tomka od bliźniaków - zaproponowałam. Tomek, moim zdaniem, trochę aż za często u nich przesiadywał,
-Nie. Asia mówiła, że może odwieźć Tomka.
-Ok- szepnęłam. Po chwili byłam już w pokoju i pakowałam rzeczy. Właściwie to moje zajęcia polegają na zaszywaniu się gdzieś w lesie i malowaniu lub graniu na gitarze. Kochałam to robić
Las dodawał mi otuchy od zawsze, a droga do niego nie była długa. Trwałą jedynie 30 minut spokojnym tempem.
Dotarłszy na miejsce zaczęłam grać na gitarze i śpiewając przy tym zagłuszam wszechobecną ciszę. Nim się obejrzałam nastał wieczór, a nietoperze zaczęły latać na nocnym niebie. Położyłam się na miękkim mchu i zamknęłam oczy. Wsłuchałam się w muzykę świerszczy. Otworzyłam oczy i spojrzałam w niebo. Miliony gwiazd spoglądało na mnie takim samym ciekawym wzrokiem. Leżałam oczarowana pięknem wakacyjnego zmroku ,lecz musiałam wstać. Szłam powoli, oddychając pełną piersią i napawając się idealnie czystym powietrzem. Czułam się jednak obserwowana, więc przyspieszyłam kroku.
Po 20 minutach dotarłam do domu. Rodziców i mojego młodszego brata nie było. Pewnie pojechali do przyjaciółki mamy, pani Asi. Poszłam do łazienki i wyszedłszy spod prysznica poszłam coś przekąsić. Zrobiłam sobie kanapkę i skonsumowawszy ją poszłam umyć zęby i położyć się.
Jak co noc ten sam sen, choć inny.
Stałam patrząc się przed siebie i usłyszawszy kroki po raz pierwszy nie odwróciłam się. Pierwszy raz podczas mojego snu była noc. Mrok ogarniał wszystko wkoło, a ja bałam się stojąc na środku pustkowia sama.
-Co tu robisz? - zapytał, a ja stojąc do niego tyłem mogłam odpowiedzieć.
-Stoję - odparłam bez namysłu. Parsknął śmiechem, lecz od razu ucichł.
-Boisz się? spytał gilgocząc mnie oddechem w szyje. Widocznie podszedł. Blisko.
-Tak - odpowiedź sama wypłynęła z moich ust.
-Nie ma czego. Nic ci nie zrobię.
-Kim jesteś? - palnęłam nie wiedząc co powiedzieć. Pierwszy raz z nim rozmawiałam.
-Jestem William, a ty jesteś Emilia.
-Skąd wiesz? - następne nieprzemyślane i bezmyślne pytanie.
-Znamy się nie od dziś. Odwróć się Emilio. Chce widzieć twoją twarz - odwróciłam się. Nasz bliskość zawstydziła mnie od razu. To był on. Ten co zawsze. Taki sam. Miał łagodną twarz. Ciemne oczy spoglądały na mnie z zainteresowaniem, kontrastując z nieskazitelnie białą cerą. Uśmiechnął się delikatnie. Pochylił się i złożył na mym czole czuły pocałunek.
-Zobaczymy się jutro, a teraz obudź się - szepnął, a ja mrugnąwszy znowu byłam w swoim pokoju.
Co za niewiarygodny sen?!
William! Co za piękne imię!
Subskrybuj:
Posty (Atom)