środa, 1 października 2014

Rozdział VI

Ruszyłam za nim.
Oddaliliśmy się na tyle by nie słyszeć rozmów za nami.
Weszliśmy w las.
Coraz głębiej i głębiej.
Ciemność i chłód.
Cisza tak głucha, że aż doskwierała.
Stanęliśmy przed wielkim głazem z napisami, w nieznanym mi języku. 
Odwrócił się.
Spojrzał mi w oczy, a ja już wiedziałam, że nie znaleźliśmy się tutaj przypadkowo.
Poczułam, że nie powinnam tu być.
Z cienia drzew wyszli inni.
Było ich z 12.
Cofnęłam się.
Chwycił mnie za nadgarstki.
Mocno.
Wiedziałam, że zostaną czerwone ślady.
Przeciągnął do siebie.
-Wiesz, jesteś inna od nas- powiedział. W jego głosie było słychać pustkę.
Wyjął nóż.
Z piękną, złotą rękojeścią.
Połyskiwał złowrogo w ciemności.
Zbliżył go do moich nadgarstków.
Zaczęłam się szarpać i krzyczeć.
Przewrócił mnie.
Uklękłam.
-To nic nie da. Ja muszę tylko coś sprawdzić. 
Ostrze zagłębiało się w moją skórę. Wyłam z bólu i rozpaczy.
Czułam pulsowanie.
To pewnie krew.
Podniósł mnie. 
Czułam się lekka.
Jak piórko niesione przez wiatr.
Usłyszałam hałas.
Przyszło ich jeszcze więcej. 
Jedni zaczęli uciekać.
Pogoń.
Brat Elijaha. 
Przybiegł. 
Kopnął go.
Uderzył w twarz.
Elijah potoczył się do tyłu.
Jego brat chwycił mnie.
-To by nic nie dało! - krzyczał drżącym głosem.
-Tego nie wiesz - wypluł to z siebie jak przekleństwo Elijah.
Co się dzieje?
Nic dalej nie widziałam.
Niósł mnie.
Mój wybawca.
Uratował mnie, a ja nawet nie znam jego imienia.
Jego dotychczas biała i delikatnie prześwitująca koszula teraz była czerwona. 
Nadal był piękny. 
Pomimo całej sytuacji. 
Nadal idealny.
Zaczęłam mieć mroczki przed oczami. 
Zamgliło mnie. 
Poczułam tylko jak głowa mi opada.
Powieki stały się ciężkie.
Sen zaczął być jedyną sensowną częścią w moim życiu.
Był.
Ten sam co zawsze.
Siedział oparty o drzewo w lesie obranym słońcem.
Cudownie było go zoabzczyć.
Jednak on jedynie stał.
Nie poruszył się. 
Jego oczy się nie otworzyły.
Zaczęłam biec do niego.
Miałam na sobie lekką, białą zwiewną sukienkę, która chwilami prześwitywała.
Wydawała się teraz bardzo ciężka.
Moje nogi delikatnie muskały trawę.
Soczystozielona.
Odległość nie do pokonania.
A jednak.
Dobiegłam. 
Dotknęłam go.
Ostrożnie.
Moja ręka wędrowała po jego policzku.
Szyi.
Obojczyku.
A on nadal spał.
Dlaczego?