czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział VII

Obudziłam się.
Zadrżałam.
Może to wszystko było tylko snem?
Cholerną wizją?
Nie chciałam otwierać oczu.
Poczułam chłód.
Otworzyłam delikatnie oczy.
Tak jak myślałam.
Ten sam pokój co ostatnio.
Popatrzyłam na obandażowane nadgarstki.
Idealnie pokryte białym materiałem.
Pasował do nich.
Wstałam z większą pewnością siebie niż ostatnio.
Doszłam do lustra i moim oczom ukazało się moje odbicie.
Tylko, że jakby nie moje.
Zadrżałam ponownie.
Chłód wokół tego miejsca był niewyobrażalnie wielki. 
Wyczuwalny, wręcz, materialnie.
Osoba w lustrze miała zakrwawioną sukienkę.
Spojrzałam na tą na mnie. Też zaczynała być czerwona.
Zerknęłam na dłonie tamtej osoby.
Brudne. Umoczone we krwi i czymś ciemnym.
Niedookreślenia.
Moje stały się takie same.
Osoba w lustrze uśmiechnęła się ukazując zęby.
Spojrzałam na jej oczy.
Pożałowałam.
Czerwone.
Przerażające.
Zaczęłam się cofać.
Osoba po drugiej stronie przylgnęła do ściany, która nas dzieliła.
Jedynej ściany.
Jakby chciała się wydostać.
Waliła w tą szybę.
Krzyczała.
Wrzeszczała wniebogłosy. 
Aż się przebiła.
Krwawiła przechodząc przez szkło.
Cała w czerwonym płynie.
I wtedy zaczął się horror.
Prawdziwy horror.
Próbowałam biec.
Uciekać.
Ruszyć się.
Bez efektu.
Trzęsłam się. Całą sobą.
Nie miałam siły by ją kopnąć.
Odepchnąć. Zaczęłam łkać, a ona zbliżała się do mnie.
Ugryzła mnie.
Obudziłam się.
Znowu.
Cholera.
Wstałam od razu.
Zakręciło mi się w głowie, lecz czyjeś silne ręce złapały mnie.
To był on.
Brat Elijaha.
-Dobrze się czujesz? - spytał.
-Tak, co tu robisz? - byłam zawstydzona i zniechęcona. Co ten facet robił w moim pokoju? Sukienka, którą na sobie miałam, nie odkrywała mojego ciała, ale też nie ukrywała jego kształtów. Była białą, długą i zwiewną suknią.
Cienką.
Za bardzo cienką.
-Krzyczałaś, więc przyszedłem- posadził mnie z powrotem na łóżku.
-Nie znam twojego imienia.
-Ono nie ma znaczenia.
-Ma. Proszę. Podaj mi je- mój błagalny wzrok ogarną jego twarz.
Uśmiechał się.
Pięknie.
Przypomniała mi się dziewczyna ze snu.
Przeszły mnie ciarki.
Chwycił moją dłoń i otulił ją swoją.
Miał duże, silne, męskie i ciepłe dłonie.
Pewnie cały taki jest.
Ciepły.
Nie tylko fizycznie.
-Elandiel - zamknął oczy. Był spokojny. Tak jakby spał.
-Pięknie. Coś ono oznacza? - uśmiechnął się delikatnie. Wyglądał jak anioł.
-Urodzony w świetle księżyca. A Twoje imię coś oznacza?
-Nie sądzę. Ludzie nie nadają imion z taką głębią. To po prostu nazwa człowieka.
Siedzieliśmy tak chwilę, aż on otworzył oczy.
Magnetyzowały mnie.
Przyciągały.
-Co przede mną ukrywał?- wyszeptał. Nie byłam wstanie nic odpowiedzieć. Chciałabym, żeby ta chwila trwała jeszcze dłużej.
Chociaż o chwilę.
Ale on wstał.
Odwrócił się.
Zrobił kilka kroków.
-Kuruj się. Wieczorem do Ciebie przyjdę. Może oprowadzić cię po mieście? - zapytał przez ramię lekko przesuwając głowę w lewo.
Nie chciał na mnie patrzeć.
-Chętnie- powiedziałam. A on wyszedł.
Zostawiając mnie samą.
Znowu.
Położyłam się w pozycji embrionalnej.
I łkałam.
Ból w moim sercu.
Ta rana, o której myślałam, że się zasklepiła, znowu się otworzyła.
Krzyczałam bezgłośnie.
Cierpiałam.
Znowu.
Samotnie.